czwartek, 29 maja 2014

Strange Feeling // Berlin #2


CHVRCHES - The Mother We Share


Jeszcze kilka dni temu pomysł założenia parki z futrzanym kołnierzem, a do tego obszernego swetra mógłby wydawać się dość absurdalny. Dzięki zmianie pogody odzyskałam równowagę ducha i umysłu, zdjęcia z Berlina nadal są aktualne, choć robione prawie miesiąc temu. Ten okres czasu wydaje mi się, że wcale nie upłynął, ale jednocześnie wszystko to, co działo się w Berlinie, jak wtedy się czułam i co myślałam wydaje się straszliwie odległe. I tu dochodzimy do jednego z najważniejszych obecnie pytań mojego życia: czy jestem na mentalnym poziomie rozwoju ośmiolatki, czy osiemdziesięciolatki? 



((w e a r i n g:  sh parka coat, nn oversized cardigan and burgundy skirt, Zara satchel bag, vintageshop.pl watch, DeeZee cut out boots )) 

FIND ME ON FACEBOOK, TWITTER, TUMBLR, BLOGLOVIN' AND INSTAGRAM @monikatanas

środa, 21 maja 2014

East Side Gallery Berlin // Berlin #1


Phoenix - Trying To Be Cool


Ostatnio nie robię kompletnie nic. Od końca kwietnia do poniedziałku obejrzałam tylko sześć filmów, kiedy normą dla mnie jest ponad 7 na tydzień. Myślałam, że ta apatia pojawiła się po tym, gdy po chwilowym przypływie zapału spowodowanym wymianą, uświadomiłam sobie, że większość moich planów i marzeń ma bardzo nikłe, a właściwie zerowe szanse realizacji. Dzisiaj zdałam sobie sprawę, że przyczyniła się też do tego ocena z prezentacji na Wos, do której przygotowywałam się poświęcając sporo czasu. Samo wystąpienie kosztowało mnie dużo nerwów. Jak widać na nic. Gdyby to była ocena tylko za moją wiedzę i poświęcenie nie za wiele mnie to obeszło, bo i tak mam tragiczne oceny ze wszystkich przedmiotów. W tym przypadku oceniona byłam ja sama, moja umiejętność odpowiedniej prezentacji, pewność siebie i przekonanie. Kończąc przydługi wstęp tłumaczę swój powrót tym, że dzisiaj dostałam 4 ze sprawdzianu z Wos-u właśnie i może to dobra okazja skoro na żadną inną się nie zanosi. 

W Berlinie byłam na początku maja korzystając ze zbiegnięcia się w czasie długiego weekendu i matur, które na szczęście jeszcze w tym roku mnie nie dotyczą. Nie obyło się bez przedziwnych wydarzeń przed wyjazdem, ale o tym może później.
East Side Gallery, gdzie zostały zrobione poniższe zdjęcia to galeria-pomnik składająca się z fragmentu Muru Berlińskiego pokrytego grafiti autorstwa najlepszych jego twórców z całego świata. Zlokalizowana w dzielnicy Friedrichshain-Kreuzberg, nad brzegiem Sprewy, jest miejscem spotkań o cudownej atmosferze. Wszystko to powstało, trochę na przekór historii, dla idei wolności. 
I właśnie tam, w jednym z najciekawszych miejsc Berlina mój aparat zaczął wariować. Chciał pracować tylko na jednym trybie. Przy szybkim uregulowaniu ustawień, jak okazało się dopiero po zgraniu zdjęć na laptopa, pominęłam ustawienie ISO. Efekt powstał dość koszmarny, dlatego postanowiłam tę jakoś jeszcze pogorszyć, co zaś sprawiło, że nawet jedna z moich znajomych nabrała się, że to zdjęcie zrobione analogiem. 
Trochę mi jednak szkoda, bo chciałam się pochwalić swetrem. Wyszedł wybitnie niekorzystnie. A jest cudowny, proszę mi wierzyć. 


((w e a r i n g: Reserved oversized cardigan, New Look floral dress, Zara satchel bag, vintage glasses, vintageshop.pl watch, DeeZee cut out boots )) 

FIND ME ON FACEBOOK, TWITTER, TUMBLR, BLOGLOVIN' AND INSTAGRAM @monikatanas

czwartek, 1 maja 2014

Photodiary from Belgium // Wavre + Louvain-la-Neuve


The Doors - Alabama Song (Whiskey Bar)



I tak jak czuję ogromny niedosyt i tęsknotę za Brukselą, bo zobaczyłam tam o wiele za mało, niż bym chciała. Tak jeśli chodzi o inne korzyści i wiedzę jaką można wyciągnąć z podróży, ta wymiana pozwoliła mi na więcej, niż kiedykolwiek miałam okazję doświadczyć. Poznałam wiele cudownych ludzi, ale także dzięki niej miałam okazję podsłuchiwać i obserwować belgijskie rodziny. I tak ze swoją belgijską mamą robiłam zakupy w supermarkecie i na rynku, rozmawiałam o doborze imiona dla rybki narysowanej przez kilkuletniego brata mojego korespondenta, byłam oprowadzana po przydomowej piwiarni ojca jednego z Belgów, a przez ojca drugiego witana buziakiem w policzek na imprezie w ich domu. 
Pierwsza różnica pomiędzy Belgami, a nami o jakiej myślę to właśnie ta otwartość i zmniejszenie dystansu pomiędzy rodzicami, ich dziećmi i przyjaciółmi ich dzieci. Odniosłam wrażenie, że nikt nie jest traktowany z góry. I tak jak w naszej kulturze  bariery i grzeczności wydają mi się w niektórych sytuacjach wymuszone i nieszczere, tak tam wszystko wychodzi naturalnie i wcale nie oznacza braku szacunku dla starszej osoby. Raczej wiąże się to z odrzuceniem oceniania kogoś na podstawie jego wieku.
Chociaż byłabym hipokrytką, gdybym powiedziała, że to nieufne i zdystansowane podejście przy zawieraniu nowych znajomości mi nie odpowiada. Nie chcę też generalizować, ale jednak, przynajmniej na przykładzie mojej szkoły i klasy, jesteśmy o wiele spontaniczni i naturalni przy zawieraniu nowych znajomości. 
I tu wychodzi kolejna rzecz, w której mogłam spróbować się odnaleźć. Będąc właściwie przymuszoną do spędzenia tego czasu z ludźmi, których ledwo znam, miałam szansę zmierzyć się z moim ogromnym problemem jakim jest otwarcie się na ludzi, przełamanie strachu przed rozmową z nieznajomym i wstydu samej siebie w sytuacji, kiedy przy pierwszych próbach poznawania się jestem sparaliżowana i okropnie czuję się z tym, że ta osoba cały czas mnie ocenia, obserwuje i sprawdza, czy jestem czegoś warta. Oczywiście każdą taką szansę zmarnowałam. I teraz oczywiście bardzo jest mi z tym źle. 
Pomimo tego, że przez większość mojego pobytu w Belgii byłam przerażona, obrzydzona sobą i swoją głupotą, zawstydzona i zdenerwowana, to jednak z perspektywy czasu patrzę na to zupełnie inaczej. Czuję pewien postęp z francuskim, motywuje się do oglądania francuskiej telewizji (potworne nudy), nauki i czytania po francusku. Ale co ważniejsze wyniosłam mnóstwo przepięknych wspomnień.



Pierwsze czego pozazdrościłam Belgom to szkoły. Dawniej znajdowało się tam m.in. seminarium. Dawną kaplicę obecnie zamieniono na kilkupoziomową multimedialną bibliotekę, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie dzięki bliskości witraży przy takim rozwiązaniu architektonicznym. Szkoła, poza tym, że główny jej budynek jest przepiękny, posiadała jeszcze kilka sal gimnastycznych, sale ze sceną teatralną i widownią, dziedziniec, a nawet pszczelarnię na tyłach. Na ogromnym trawiastym boisku uczniowie, a podczas wymiany także i my, spędzaliśmy czas przerw między lekcjami. Niezły szok po tym jak ponad dwa lata spędziłam w maleńkiej, przepełnionej szkole, gdzie jeszcze w dodatku nie można nawet wyjść na boisko podczas przerwy...


Chociaż szkoła z którą organizowana była wymiana znajduję się w Wavre większość wolnego czasu, popołudnia i wieczory, spędzaliśmy w niedalekim Louvain-la-Neuve. Jest to nowe miasto, powstałe w latach sześćdziesiątych z potrzeby utworzenia nowego, francuskojęzycznego ośrodka akademickiego.  


Jest więc pełne młodych ludzi, a co za tym idzie sklepów, klubów, pubów, etc. Ma też super miejsce nad jeziorem, gdzie przesiadywaliśmy godzinami.


Każda próba robieni zdjęcia, szczególnie selfie, kończyła się jak na Oscarach. Wszyscy nagle szybko się zbiegali za osobą trzymającą telefon, co wyglądało przezabawnie, ale dawało już mniej oczekiwany efekt i takim sposobem to chyba jedyna taka selfie nadająca się do publikacji. I to dopiero po zamienieniu na czarno-białą. W wersji oryginalnej wszyscy z niewiadomych przyczyn mają straszliwie czerwone twarze.


Jakoś na samym początku wymiany w Louvain był jakiś festiwal typu wiosna wiosna coś tam coś tam. To tylko potwierdziło moje obawy odnośnie tego, że marzenia o jeżdżeniu na super festiwale muzyczne już na zawsze zostaną tylko marzeniami. Byłam potwornie przerażona chociaż tak naprawdę było spokojnie, a nawet dość drętwo.


Kamil został ostatecznie ogłoszonym człowiekiem-postacią z BD (komiksu). Potwierdzała to każda jego mina, sytuacja, w której się znalazł, a także powyższe zdjęcia. 


I tak jak już mówiłam: w czasie, gdy Belgowie pełni energii wpadali na kolejne pomysły zapełnienia nam czasu, tak my z zapałem angażowaliśmy się w szukanie wifi i przedziwnych, ale odpowiednich miejsc do spania. 


No może poza Martiną. 


Co wcale nie przeszkodziło nam w dopełnieniu ponad dwudziestoletniej tradycji jaką jest wygranie meczu siatkówki z Belgami.


Domówka na dworze jednego z Belgów jest dla mnie wydarzeniem przedziwnym. To było ostatniej nocy przed naszym wyjazdem. Było mi jednocześnie strasznie smutno, ale też byłam potwornie zła na siebie i chciałam, żeby już się wszystko skończyło, żebym mogła schować się już pod kołdrą. Teraz wspominam tylko te dobre rzeczy, o których chyba nie wypada mi mówić. Kojarzy mi się również z przepiękną muzyką jakiej wtedy słuchaliśmy. Ogólnie cały czas słuchaliśmy tego, co najpiękniejsze. The Doors, The Rolling Stones, Moderat, czy jak przez całe moje życie The Knife. Dzięki czemu te wspomnienia będą dla mnie jeszcze piękniejsze.


fot. me, Lidka, Martina, Natalia, Nico, Romain // all edited by me


FIND ME ON FACEBOOK, TWITTER, TUMBLR, BLOGLOVIN' AND INSTAGRAM @monikatanas